"Coś się kończy, coś się zaczyna". >> niedziela, 18 stycznia 2009 20:57:57W tym wypadku akurat kończy. Bez finału, nawet bez dobrego rozwinięcia.Nie potrafię już zebrać się do pisania fanficków potterowskich.Tak, to chyba przesyt i znudzenie.
Za dużo pomysłów, brak czasu, za mało chęci.
komentarze [1]
>> poniedziałek, 22 września 2008 20:39:04Nie porzucony, a chwilowo...zawieszony? Pięć stron notki mam, zobaczymy jak pójdzie dalej :)
komentarze [0]
Deficyt czasu... >> niedziela, 6 lipica 2008 22:49:24Niech tylko zacznie się długi weekend...
[edit 9.06.08r.] No i minęły wszystkie długie weekendy, a notki brak. Czas może i się znalazł, ale chęci i pomysłu jakoś brakowało. Nie lękajcie się jednak! W mojej głowie zaczął kiełkować pewien zamysł, ale obawiam się, że nie zdążę wprowadzić go w życie przed wyjazdem. Na dwa tygodnie. Już w piątek (i do tego trzynastego!) W każdym razie po powrocie na pewno pojawi się kolejny rozdział.
Żeby nie zwymyślano mnie za lenistwo zapraszam na
In nomine Christi. Ciągle jeszcze w budowie i fazie przygotowań, ale powolutku, powolutku... Ciekawi, co? :)
komentarze [3]
Rozdział piąty >> sobota, 23 lutego 2008 12:45:33Dużo gadania tym razem. Jak to mówi Moony akcja idzie do przodu "wolno, ale szybko"xD. Rozdział w miarę udany, przynajmniej mi sie podoba. Myślę, że takiego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał i nikt nie wziął pod uwagę takiegoż rozwiązania. Przed przeczytaniem radzę zapoznać się z tym Zbetowane przez Agnes
Edit: Całkowicie zapomniałam: opowiadanie skończyło w lutym okrągły rok :D Oby dotrwało do końca ^^ No i żeby Pan Wen nie odszedl w siną dal.
Marlena była niemal pewna, że kolor jej policzków dorównuje w odcieniu polnym makom. Wiedziała, że każda para oczu natychmiast zwróciła się w jej kierunku, z uprzejmym zaciekawieniem obserwując najdrobniejszą zmianę w mimice nowej zdobyczy Zakonu. Starając się przebrać w miarę neutralny wyraz twarzy, spojrzała ku przeciwległemu końcowi zatłoczonego pomieszczenia.
- Andromeda. – Dziewczyna nie zdołała ukryć nutki zdumienia w głosie.
Nigdy nie przypuszczałaby, że po bez mała sześciu latach spotka własną kuzynkę w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa.
Świat jest stanowczo zbyt mały.
Ktoś rzucił się ku wciśniętemu w kąt gramofonowi, mocując się z naręczem winylowych płyt. Ktoś inny wyjął z barku najlepszą Ognistą Whisky Ogdena i dzwoniąc kieliszkami zarządził toast. Gwar rozmów rozbrzmiał ponownie, co McKinnon powitała z wyraźną ulgą.
- Rodzina prawie w komplecie, co? – rzuciła mimochodem Andromeda, wskazując podbródkiem zajętego rozmową Syriusza.
Kącik ust Marleny zadrgał nieznacznie.
- Kuzyn kuzynowi nie równy, Andy, a tak się składa, że Black to piąta woda po kisielu. Prawie każdy ma w rodzinie przynajmniej jednego osobnika.
Dromeda uśmiechnęła się do wnętrza kieliszka. Chwilę później długowłosy blondyn w śliwkowym garniturze i koszuli w kwiaty, przedstawiający się jako Caradoc Dearborn wcisnął Marlenie do ręki lampkę złocistego płynu. James Potter rozpoczął toast, do którego po trosze dołączył się każdy z obecnych.
- Za przyjaciół…
- …za wiarę…
- …i odwagę.
- Za miłość…
- …kobiety…
- I Ognistą Whisky.
Komuś udało się wreszcie uruchomić zakurzony gramofon. Z głośników popłynął stary utwór Hobogoblinów. Marlena poznała większość członków Zakonu. Niektórych pamiętała jeszcze ze szkoły. Lily Evans prawie nic się nie zmieniła. Hestia Jones zafarbowała włosy na hebanową czerń. Wyglądała znacznie poważniej niż w szkole. Frank Longbottom uśmiechał się równie czarująco, co w piątej klasie.
Andromeda zaciągnęła ją na wysłużoną kanapę. Postawiła kieliszek na małym stoliku, przez cały czas nie odrywając od niej badawczego wzroku.
- Marl, czy…
-Tak, jestem pewna – ucięła, spoglądając w odległy kraniec pokoju. – Cholernie pewna, Andy. Chociaż raz mogę zadecydować o własnym życiu.
Sama zdziwiła się zaciętością i szorstkością tonu, z jakim wypowiedziała ostatnie zdanie. Miała dość pouczeń. I doskonale wiedziała, że zachowuje się jak rozkapryszona trzynastolatka. Dromeda uniosła wysoko cienkie brwi, choć w jej oczach błysnęła iskierka podziwu.
- Nie przeczę. Wydoroślałaś. Nawet nie wiesz jak bardzo. – Uśmiechnęła się ciepło. – Miałam na myśli twoich rodziców. Wiedzą?
- Ich wiedza niczego już nie zmieni.
Andromeda otwarła usta w celu skomentowania, ale przerwała jej Lily, głośno przekomarzająca się z Syriuszem.
- Daj spokój, to chyba nic złego, że ktoś pomylił cię ze Stubbym Boardmanem. Na twoim miejscu…
- Kim? – spytała Andromeda, biorąc od Blacka paczuszkę papierosów.
- Wokalistą Hobogoblinów. – wyjaśniła Lily z trudem powstrzymując śmiech.
Syriusz spojrzał wymownie w sufit, odgarniając z oczu czarne kosmyki.
- No dobra, Łapa, jesteś znacznie przystojniejszy. Cieszysz się?
Marlena parsknęła w golf. Rudowłosa mrugnęła porozumiewawczo, odciągając widocznie mile połechtanego Syriusza w kierunku barku. Andromeda zaciągnęła się papierosem.
- Rodzina nałogowców – podsumowała McKinnon, odpędzając kłęby jasnoszarego dymu.
- Zobaczymy co zrobisz kiedy Pink Floydzi przestaną nagrywać – zripostowała kuzynka, strzepnąwszy popiół do doniczki z fikusem. – Dalej ich słuchasz?
- Niezmiennie.
- Syriusz opowiadał, że pracujesz w „Proroku”. Ze Szkocji trochę daleko, nie?
- Przeniosłam się do Londynu. – Andromeda zagwizdała cicho, kiwając z uznaniem głową. – Państwo McKinnon wreszcie pozbyli się córek. Nie dziwię ci się, na swoim zawsze lepiej, chociażby w kawalerce.
Marlena zakaszlała wymijająco. Nie miała zamiaru komentować. Przez dłuższy czas przyglądała się zamyślonej kuzynce. Nie mogła zaprzeczyć: była ładna. W subtelny i szlachetny sposób. Jak wszyscy Blackowie.
- Słyszałam o Belli. Od matki.
Andromeda nie oderwała wzroku od bordowych paznokci, wystukujących rytm piosenki o oparcie kanapy.
- Chyba nie zdziwiłaś się aż tak bardzo? To było łatwe do przewidzenia. Właściwie pewne. – Urwała dopijając resztkę whisky. – Bellatriks od dziecka marzyła o potędze. Dążyła do władzy. Aż w końcu trafiła na podatny grunt. – Pstryknęła palcami. – Nie rozmawiałam z nią od ’72. Przeszło siedem lat.
Marlena słuchała z uwagą, choć nigdy nie poznała pozostałych sióstr. Bellę widziała jedynie na starej rodzinnej fotografii. Z dumą i wyższością spoglądającą na otoczenie spod ciężkich powiek i firanki ciemnych rzęs. Portret Narcyzy wisiał w salonie babki Callisty. Miała delikatniejszą urodę, całkowicie odmienną od reszty rodziny.
- Rok temu spotkałam kochaną Cyzię na Pokątnej. Od razu przeszła na drugą stronę ulicy. – Prychnęła, uśmiechając się ponuro. – Jakoś nie brakuje mi ich towarzystwa.
- A ciocia Druella?
- Tryska dumą. W końcu chociaż jedna z jej córek wyszła na ludzi, a druga ma w planie wyjątkowo korzystne zamążpójście. Czego można chcieć więcej? – Pokręciła głową z politowaniem, po czym sięgnęła do tylnej kieszeni jeansów. – Założę się, że z drzewa szlachetnego, cudownego i bla bla Rodu Blacków już dawno mnie usunęli. Ta sama historia, co z ciotką Islą. – Przerwała, prostując wygięte zdjęcie wyciągnięte z portfela. – Zresztą nieważne. Nie widziałaś chyba jeszcze mojej córki, co? – Podsunęła Marlenie magiczną fotografię. – Nimfadora Tonks.
McKinnon spojrzała na ruchomy obrazek, który z początku uznała za coś w rodzaju pokazu slajdów. Po dłuższych oględzinach spostrzegła ze zdumieniem, że patrzy wciąż na tę samą szczerbatą sześciolatkę z zawrotną szybkością zmieniającą kolor i długość swoich włosów oraz kształt nosa.
- Jest metamorfomagiem? – wydusiła w końcu, podczas gdy dziewczynka z długowłosej blondynki zmieniła się w kędzierzawego rudzielca.
- Trzeba przyznać, że jak na jej wiek wyjątkowo, jakby to ująć… aktywnym? Poza tym grzeczniutka córeczka tatusia: skacze po drzewach, ciągnie koty za ogon i strzela do chłopców z pistoletu na wodę.
- Urocza. – Andy parsknęła śmiechem. – A to najdroższy mężulek? – Marlena wskazała palcem nieogolonego mężczyznę w głębi zdjęcia.
- Ted Tonks. Rodzinne jabłko niezgody i przyczyna załamania nerwowego połowy rodu Blacków.
Tuż obok nich kilka osób zagwizdało głośno. James, z oczami zasłoniętymi czyjąś wzorzystą apaszką, lewitował przed sobą dwie nowe karafki karmelowego miodu pitnego i tacę kieliszków, z których duża część była już pełna. Parę osób dyskretnie odsunęło się na bezpieczną odległość. Caradoc wysunął propozycję wspólnego zdjęcia. McKinnon pomyślała, że już dawno nie widziała tylu uśmiechniętych twarzy w jednym miejscu. Ostatnio każdy wolał bezpieczne zacisze własnego domu. Duże zebrania czarodziejów należały właściwie do rzadkości. Nagle, z całą mocą dotarło do niej jak bardzo za tym tęskniła.
- Nie zawsze jest tak sielsko – mruknęła Andromeda, zerkając z ukosa na zachwyconą kuzynkę. – Szczerze mówiąc, to od pewnego czasu robi się co raz gorzej. – Potarła palcami kąciki oczu. – Tydzień temu zszedł Bones. – Marlena drgnęła nieznacznie. – Pewnie słyszałaś, był jakąś szychą w Ministerstwie. Z tego co wiem, to odwalał dość ważną misję. Z rodziny została tylko Amelia. Możliwe, że wiesz która, chyba nawet twój rocznik. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, pochłaniając wzrokiem zrolowany dywan. – Wcześniej straciliśmy Macmillana. Zaginął. Po prostu. Nie znaleźliśmy żadnego śladu, ani różdżki, ani ciała.
- Mimo wszystko…
- Tak, mimo wszystko. Staramy się znieczulić. Wiesz dlaczego? Bo to początek, kuzyneczko. I uwierz mi, wszystko zdarzy się jeszcze porządnie spieprzyć. – Przywołała do siebie dwie nowe butelki kremowego, po czym wręczyła jedną Marlenie. – Czas na coś mniej dającego po głowie.
- Od dawna jesteś w Zakonie?
- Od początku, ale wolę bierny udział. Działanie rozpoznawcze, nawiązywanie kontaktu, te sprawy – wyjaśniła. – Wiem to brzmi trochę jak… - urwała na dźwięk donośnych huknięć i głośnego przekleństwa dobiegających z klatki schodowej. Wśród zebranych zapadła, kłująca w uszy, napięta cisza.
W drzwiach pojawił się Alastor Moody
- Jak zwykle trochę nie w porę – mruknął, obrzucając pokój przelotnym spojrzeniem. – Wyśledzili nas, cholerni skubańcy. Dorcas dostała prosto w miotłę. Wszystko w porządku, jest na górze – dodał szybko, na co Hestia i Lily pobiegły do hallu.
Moody pociągnął spory łyk ze srebrnej piersiówki.
- Co tak stoicie? – Marlena poczuła, że Andromeda drgnęła nieznacznie, szepcząc pod nosem zjadliwe przekleństwo.
- Kiedy was znaleźli?
- Chyba rano. Czekali z atakiem na właściwy moment. Mieli nadzieję, że coś wywęszą.
- I?
- Masz mnie za idiotę, Black? – Moody łypnął na niego spod napuchniętej powieki. – Nigdy nie zostawiam śladów.
Syriusz mruknął pod nosem ledwo dosłyszalne: „stała czujność”. James zamaskował śmiech gwałtownym atakiem kaszlu.
Reakcję Moody’ego zagłuszył krzyk wchodzącej do pokoju brunetki.
- Następnym razem rozwalę sukinsynowi łeb! Przysięgam! – Dorcas rzuciła na podłogę kilka najeżonych drzazgami patyków, chwytając za nienapoczętą butelkę whisky. – Rozpieprzył mi miotłę!
- Straszne.
- Przymknij się, Syriusz.
- Wiesz chociaż co to za jeden?- zapytał James, siadając na krawędzi jej fotela.
Dorcas uśmiechnęła się jadowicie, mrużąc brązowe oczy.
- Stary znajomy. Evan Rosier.
*
Dwa następne tygodnie upłynęły Marlenie na wprowadzaniu w czyn zlecenia Zakonu: wpływania na opinię publiczną czarodziejskiego świata. Większość jej artykułów lądowała w redaktorskim koszu. Te mniej agresywne i zdecydowanie bardziej powściągliwe trafiały na ostatnie strony „Proroka”, tuż pod kolumną z dowcipami tygodnia. Brakowało jej odpowiedniego tematu. Największym sukcesem okazał się wywiad z Moodym, który, choć powszechnie uważany za osobę nie do końca poczytalną, nadal budził respekt magicznej społeczności. Co prawda cenzura wycięła bardziej krytyczne wypowiedzi, bojąc się reakcji Ministerstwa, ale ogólne przesłanie pozostało czytelne.
Dwudziestego grudnia doznała głębokiego szoku słysząc w radiu „Jingle bells” i głęboki głos spikera uświadamiający ją, że do Bożego Narodzenia pozostały cztery dni.
Zapomniała o świętach. Straciła poczucie czasu w ciągłym maratonie codzienności. Z jeszcze większym zdziwieniem dostrzegła girlandy ostrokrzewu i gałązki jemioły zwisające nad biurkami redakcji. Te ostatnie omijała szerokim łukiem, zwłaszcza, gdy, niby od niechcenia i całkowicie przypadkowo, stał pod nimi Neil Lovegood.
Święta w Hogwarcie były prostsze – skwitowała w myślach, obserwując przepychających się czarodziejów w średnim wieku, z których każdy chciał obwieścić całej Pokątnej, że ten drugi jest kretynem, w czym wtórowała im jakaś przysadzista czarownica.
- Panie, zobacz pan na pański, pożal się Merlinie, „złoty” kociołek! Widział pan kiedy, żeby szczere złoto złaziło jak farba?! Widział pan?!
- Nie moja wina żeś pan instrukcji nie przeczytał…
- Instrukcji?! Garbate gargulce! Trzymajcie mnie ludzie… Oddawaj pieniądze, Fletcher!
- Daj spokój, Everardzie. Naprawdę nie warto.
Marlena z trudem utrzymała równowagę na oblodzonym chodniku. Nie cierpiała kupować prezentów w ostatniej chwili, ale w tym roku pobiła życiowy rekord.
Doskonale wiedziała, że już dawno powinna pomagać w świątecznych przygotowaniach, a raczej nadzorowaniu samosprzątającej miotły i samoobierających się ziemniaków, bo tylko do tego dopuszczała ją matka ze względu na brak jakichkolwiek umiejętności kucharskich.
Jak zwykle na ratunek przyszedł maleńki sklepik ze starociami. Tym razem sprzedawca okazał się być mniej natarczywy swoją obecnością. Marlenie wydawało się nawet, że odchodząc do swojego kontuaru, zanucił coś bardzo przypominającego „Do szopy, hipogryfy”. Nie miała pewności. W każdym razie po pobieżnych, aczkolwiek owocnych poszukiwaniach wybrała wreszcie zadowalające, choć może nie do końca oryginalne prezenty. Pozostała jej tylko wizyta w sklepie modelarskim „Wood’s”. Nic tak bardzo nie cieszyło Christophera McKinnon, jak świadomość, że sklejony przez niego model Messerschmitta zbombarduje świąteczny pudding.
*
Marlena kopnęła z wściekłością śnieżną zaspę. Jak zwykle zniosło ją nieco zbyt na południe. Rzecz jasna nie narzekałaby tak bardzo, gdyby teren sprzyjał niedzielnym spacerom, ale w Szkocji każde sto stóp oznaczało kolejną, z pozoru niewinną górkę, której pokonanie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się błahą przechadzką. Tym bardziej zimą, gdy śnieg sięgał kolan, a lodowaty wiatr szczypał przeszywającym zimnem. Obładowana McKinnon zaprzestała przekleństw dopiero na szczycie, z którego dojrzeć można było spory kawałek tonącej w bieli doliny z wiejskimi domkami Aberfoyle harmonijnie wkomponowanymi w krajobraz. Tamtejszego kościoła rozlegał się donośny dźwięk dzwonów wzywających na ostatnie w tygodniu vesper**. Przy dobrej pogodzie słyszeli je nawet mieszkańcy oddalonego o trzy mile Glen Bledd.
Gdyby nie wąska smuga dymu wydobywającego się z komina, dom McKinnonów całkowicie wtopiłby się w górskie otoczenie. Był położony w niewielkim oddaleniu od wioski, bezpośrednio przy zapuszczonej, polnej drodze. Nieco zdeformowany przez liczne przybudówki i oszpecony drewnianą szopą, pełniącą jednocześnie rolę garażu, ale wciąż zachowujący radosny klimat beztroskiego dzieciństwa. Już z daleka widziała uwijające się przy okiennych szybach samoczyszczące ściereczki. To dobrze, czy źle? Znając charakter matki, bardziej skłaniałaby się do tego drugiego. Na odgłos jej kroków gnomy uciekły w popłochu do podziemnych norek. Miała cichą nadzieję, że w ramach pokuty nie zostanie obarczona odgnomianiem całego ogrodu. Nawet z pomocą magii nie zdążyłaby do przyszłego Bożego Narodzenia.
Najciszej jak umiała, a przynajmniej na ile pozwalały jej trzymane oburącz pakunki, otworzyła drzwi i wemknęła się do niewielkiego przedpokoju. Mimo iż ostatnim razem przekroczyła próg domu ponad pół roku temu, miała wrażenie, że od przeprowadzki na Westbourne Street minął zaledwie tydzień.
W kącie nadal stał rustykalny stojak na parasole, a na pokrytych białą boazerią ścianach wisiały podróbki Moneta. Z kuchni dochodził słodkawy zapach szarlotki.
- No i na co się tak gapisz, mała? – ofuknęło Marlenę staromodne, wyjątkowo niepasujące do wystroju lustro.
- Nie garb się! Łopatki razem, pierś do przodu, podbródek wysoko! – zaskrzeczało po raz drugi, mierząc dziewczynę krytycznym spojrzeniem.
Odruchowo spełniła rozkaz.
- I radzę zainwestować w szczotkę do włosów.
Błyskawicznym smagnięciem różdżki rzuciła niewerbalne Silencio. Chamstwo sprzętów domowych. Coś podobnego.
Ruszyła w kierunku kuchni, gdzie jak przypuszczała zgromadziła się damska część rodziny. Nie miała pomysłu na żadne, w miarę przekonujące wytłumaczenie. Zresztą pani McKinnon należała do specyficznego gatunku Matek-Znieczulonych-Na-Wszelkie-Alibi.
- Cynthia?
- Jestem – wymruczała najstarsza z córek, wychylając głowę znad książki kucharskiej.
- Laura?
- Obecna! – zakomunikowała dostrajająca magiczne radio szatynka. – Błagam tylko nie Celestyna Warbeck – jęknęła na dźwięk rozdygotanych nut „Kociołka pełnego miłości”.
- A mama? – spytała z nadzieją Marlena, rzucając na stół kilka papierowych toreb.
- Na swoim miejscu. – Zabrzmiał głos za jej plecami.
W drzwiach kuchni pojawiła się pani McKinnon z naręczem świeżo wypranych białych obrusów i kwiecistych ściereczek. Zwęziła niebezpiecznie brązowe oczy. – Może zechcesz nam wytłumaczyć, co tak niesamowicie ważnego nie pozwoliło ci choć raz przybyć odpowiednio wcześniej. Zwróć uwagę, że nie użyłam słowa „punktualnie”. Wiem, że jest ci obce. No? Słuchamy.
Marlena otworzyła usta, ale matka nie dała jej zacząć.
- Praca? Wyobraź sobie, że wszyscy pracujemy. Może dom? Daj spokój, przecież nawet nie masz pojęcia, co to sprzątanie. Chłopak? – rzuciła jej krótki, taksujące spojrzenie. – Nie sądzę.
Dziewczyna szukała najmniejszej oznaki poparcia u sióstr. Cynthia zdawała się być w całości pochłonięta studiowaniem przepisu na świąteczny pudding. Zresztą jej mina mówiła sama za siebie. Laura jak zwykle uciekła myślami we własne sprawy, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie.
- Zapomniałam. Po prostu.
- Nie pogrążaj się. – Pani McKinnon machnęła różdżką w kierunku emaliowanego garnka, mieszając bulgocący bulion. – Nie masz pojęcia, co przeżywaliśmy z ojcem. Nie można mieć za grosz zaufania. Żebyś chociaż zechciała napisać. Przez całe przedpołudnie zdążyłam wydeptać w dywanie ścieżkę do okna. – Zerknęła w szybkę piekarnika. – Laura! Indyk! Na brodę Merlina, zostaw już ten list. Kto tym razem? Mark, Steve, Robert?
- Gerry. – Spojrzała na mamę spod pomalowanych na smolistą czerń powiek, niechętnie podnosząc się z krzesła.
- Marzę o skrzacie domowym. Niestety jak się nie ma, czego się chce, to trzeba się cieszyć tym, co się ma. Lena* – zwróciła się do najmłodszej córki – Ziemniaki i miotła czekają
*- Skrót od "Marleny", jeśli ktoś ma wątpliwości.
**- łacińska nazwa nieszporów
komentarze [15]
Rozdział czwarty. >> wtorek, 11 grudnia 2007 22:41:27Po długim(lepiej nie wspominać jak długim) okresie pracy nad notką, zapraszam na nowy rozdział :). Nie wiem, może to przez tak długie pisanie, ale czegoś mi w niej cały czas brakuje. Nie wnosi zbyt wiele nowego, ale wyjaśnia parę niedokończonych spraw z części poprzedniej. Proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków, wszystko prędzej czy później się zazębi. Dla uspokojenia dodam, że nawet przez myśl nie przemknął mi romans Marleny z Syriuszem :] Ale wydaje mi się, że ta notka rozwieje jakiekolwiek wątpliwości. Dedykuję czytelnikom ^^
Zbetowała Agnes
Marlena nie mogła poznać samej siebie. Dokładnie cztery godziny temu powinna teleportować się wprost do przestronnego hallu redakcji „Proroka”, mieszczącej się na samym końcu ulicy Pokątnej, tuż obok niepozornego budynku magicznej apteki. Tymczasem nic nie wskazywało na to, by dzisiejszego dnia przekroczyła choćby próg swojej sypialni. Zakryta po uszy pod ciepłą kołdrą i wełnianym kocem pogrążała się w coraz to tragiczniejszych wizjach własnej przyszłości. W co ona właściwie znowu się miesza? Zachciało się pisarzynie odgrywać bohaterkę, pomyślała uśmiechając się ponuro.
Wątpliwość goniła wątpliwość.
Zakon.
Kim oni rzeczywiście są? To jakieś bractwo? Żyją w celibacie? Asceci? Noszą habity?
Nie, to zbyt absurdalne…
Dlaczego więc, do cholery, nigdy nie słyszała o żadnym Zakonie Feniksa?
Nie miała nawet pojęcia, czy to wszystko nie było jakąś sprytną mistyfikacją. Mieszankę humorów doprawiło dokuczliwe poczucie winy za zlekceważoną pracę, i, co za tym idzie, zaprzepaszczenie szansy na podwyżkę.
Jeszcze nie jest za późno, żeby to wszystko odkręcić - przemknęło jej przez myśl – albo uciec. Do Szkocji? Może dalej? Gdzieś tu miałam mapę…
Ktoś zapukał do drzwi. Marlena zamarła w oczekiwaniu, z ręką wzniesioną ku biblioteczce. To nie mógł być Black. Budzik wskazywał zaledwie dwunastą. W takim razie została tylko pani Appledore. Na samą myśl skrzywiła się mimowolnie. Jeszcze jej tu brakowało.
Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie.
No tak, przecież z głośników w przedpokoju wciąż sączą się ostatnie nuty „Time” Pink Floydów.
Tak łatwo nie odpuści.
Chcąc nie chcąc, oswobodziła się z pościeli i najciszej jak umiała, podeszła do maleńkiego oczka wizjera. Drewniane deski poskrzypywały buntowniczo. Przez chwilę zdawało jej się, że cały świat wykonał karkołomne salto z podwójnym obrotem, jednocześnie uciekając spod jej wmurowanych w nicość stóp.
Co, na brodę Merlina, przywiodło tu Neila Lovegooda?
Starając się naciągnąć nieco swoją przykrótką koszulę nocną, bez dalszego wahania, otworzyła drzwi.
Neil o mały włos nie zwalił jej z nóg największym bukietem, dość egzotycznie wyglądających hiacyntów, jaki widziała w życiu. Całkowicie zaskoczona, zastanawiając się o co w tym wszystkim właściwie chodzi, zaprosiła go na typową angielską earl grey w obtłuczonych filiżankach. Lovegood próbował, bez większego przekonania, zasłonić się rzekomą koniecznością zredagowania nowego reportażu, jednak ostatecznie ustąpił i niepewnie wkroczył do ciasnego przedpokoju. McKinnon wskazała mu pogrążoną w słońcu kuchnię, po czym, wymamrotawszy jakieś przeprosiny, z ulgą udała się do łazienki. Nie mogła dłużej znieść wyrazu jego oczu, nie wiedzieć czemu dyskretnie rozbawionych, i, jak jej się przynajmniej wydawało, wciąż skupionych na niebezpiecznie rozchylającym się rozporku koszuli nocnej.
Jednak po zobaczeniu własnego odbicia w lustrze przestała się już dziwić się czemukolwiek, pragnąc jedynie jak najszybciej zapaść się pod ziemię.
Pomijając niekształtny węzeł skołtunionych włosów, nadawała się na podręcznikowy wręcz przykład „efektu pandy”, będącego wynikiem deszczu i czarnego tuszu do rzęs, połączonego ze zbyt dużą ilością whisky.
Dziesięć minut później, już w pełnym rynsztunku, starając się jako tako zebrać myśli, mieszała parującą herbatę.
- Jakaś specjalna okazja? - wskazała dłonią na kwiaty.
- A czy zawsze musi jakaś być? - zagadnął, uważnie obserwując jej reakcję.
- Zwyczajowo - odparła wymijająco.
Oboje uśmiechnęli się do zawartości filiżanek.
- Nie przyszłaś do redakcji, myślałem, że może…coś się stało.
- Wściekali się?- zapytała, walcząc z niemiłym ściskiem żołądka na myśl o zaprzepaszczonej podwyżce.
- Wątpię, żeby ktokolwiek zauważył - wzmocnił jej pewność siebie.- Gdyby nie Rita. Redakcja przypominała dzisiaj rozgrzebane mrowisko. Chyba słyszałaś o tej wiosce w Derbyshire?
Pokręciła przecząco głową.
- Zrównana z ziemią przez olbrzymy. – Zrobił krótką pauzę na szybki łyk herbaty. – Ostatniej nocy, W większości zamieszkiwana przez mugoli, chociaż znalazłoby się i kilkoro charłaków.
- Zaraz, olbrzymy?
Marlenę nawiedziło wstrząsające wyobrażenie jednej z czarniejszych kart historii magii, za którą bądź, co bądź nigdy nie przepadała, ale z wymaganych w jej zawodzie owutemów dostała satysfakcjonujące P.
- Jak widać – przyjrzał jej się badawczo.- Myślałem, że to dlatego.
- Co? – spytała na pół przytomnie, wciąż bezmyślnie mieszają stygnącą herbatę.
- Nie przyszłaś do pracy. Myślałem, że to przez ataki. Paru czarodziei miało tam krewnych.
Marlena mimowolnie przetarła zmęczone oczy, rozcierając tym samym świeży makijaż.
Martwił się, pomyślała z mieszaniną wdzięczności i dziwnej satysfakcji.
- Miałam, właściwie mam, na głowie dość problematyczną rewolucję życiową. Nic szczególnego – wzruszyła ramionami.
- Jak my wszyscy – uśmiechnął się kącikiem ust. – Kiedy spacyfikujesz już co trzeba, to może… - urwał na dźwięk fałszującego dzwonka.
McKinnon przez chwilę skłonna była uwierzyć, że wydarzenia wczorajszego wieczoru to jedynie wytwory jej wyobraźni wzmocnionej kilkoma szklankami taniej, szkockiej whisky. Widok Syriusza Blacka zapalającego papierosa na jej progu niespecjalnie ją ucieszył.
- I? – rzucił na powitanie, spoglądając na nią z wyczekiwaniem, nie zauważywszy nawet zdezorientowanego Lovegooda.
Marlena nerwowo przeczesała włosy palcami, burząc układany z tak wielką starannością względny porządek.
Dlaczego wszystko musi się tak cholernie komplikować? Teraz, kiedy jej życie wreszcie zaczynało nabierać kolorów.
Jedno szybkie spojrzenie skutecznie uciszyło Syriusza, który już otwierał usta w celu udzielenia dalszych wyjaśnień. Neil spoglądał to na nią, to na niego, najwyraźniej niewiele rozumiejąc z całej sytuacji. Black klął w myślach na czym świat stoi, po swoje wyczucie czasu i miejsca włącznie. Marlena mruknęła w końcu coś o mrozie i gorącej herbacie, po raz kolejny tego dnia łapiąc za maleńki, najwyżej dwuosobowy czajniczek.
Atmosfera uległa diametralnej zmianie. Rozmowa zamarła. W pokracznej popielniczce w kształcie groteskowej flądry leżały już trzy dogasające Winstony, gdy Lovegood, po kilku wcześniejszych nieudanych próbach, dopiął wreszcie swego i ruszył w kierunku drzwi. McKinnon przysięgłaby, że raz czy dwa obdarzył Blacka nie do końca przychylnym spojrzeniem, ostentacyjnie unikając jej wzroku, po czym pożegnawszy się krótko, deportował się tuz za progiem.
Dziewczyna miała ochotę, tym razem już na zawsze, ukryć się pod patchworkową kołdrą i rozmyślać samotnie nad marnością swojej egzystencji, ale przeglądający ulotki kredytów mieszkaniowych Syriusz błyskawicznie przypomniał jej o celu wizyty.
- Eksplozja spożywczaka na rogu?- wskazał podbródkiem porozrzucane po stole opakowania po ciastkach, rozsypany cukier, niedojedzone owoce i od dawna zimną już jajecznicę.
Marlena wzruszyła ramionami, za wszelką cenę starając się utrzymać na twarzy wyćwiczoną wcześniej atrapę złośliwego uśmiechu (jak jej się wydawało całkiem przekonującą).
- Humor dopisuje?
- Jak nigdy. – Wypuścił z ust smugę jasnoszarego dymu. – Żyć, nie umierać.- Bez jakiegokolwiek skrępowania zajrzał do wciśniętej w kąt, praktycznie pustej, lodówki. – Masz ci los, a myślałem, że załapię się na obiad.
- Jeśli potrafisz sklecić coś z dżemu, cebuli i ketchupu, to życzę powodzenia. Tej whisky próbować nie radzę. Zarezerwowana dla prawdziwych Szkotów. – Syriusz spojrzał na nią pytająco.- Tych z… - chrząknęła znacząco.
- Sugerujesz, że… - zaczął z wyrzutem.
- Bez szczegółów, jeśli łaska.
I okręciwszy się na pięcie, z trudem tłumiąc śmiech, krótkim machnięciem różdżki wytrąciła mu z ręki ostatniego papierosa, który całkowicie przypadkowo wyleciał przez uchylone okno wprost na wypielęgnowane pelargonie sąsiadki z parteru.
*
Marlena już po dwudziestu minutach żałowała, że ubrała szpilki. Jazda zatłoczonym metrem nie należała do rzeczy najprzyjemniejszych. Zwłaszcza w tym wypadku.
Podczas gdy ona gratulowała sobie błyskotliwego pomysłu, Black w skupieniu studiował plan londyńskiego „tube”. Z Holland Park, stacji oddalonej od jej domu o kwadrans dość żwawego marszu, do obleganego przystanku na Chancery Lane było dobre pół godziny jazdy w różnokolorowej masie wciąż przybywających osób. Nie wiedziała z jakiego powodu i po co dokładnie jadą na Holborn. Odpowiedź na jakiekolwiek jej pytanie ograniczona została do kilku zniecierpliwionych pomruków. Po czterdziestominutowej podróży w milczeniu i bitwie z własnymi myślami z ulgą powitała wilgotną i mglistą High Holborn Street. Marlena nie mogła zrozumieć, dlaczego, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie teleportowali się wprost na wyznaczone miejsce, zyskując tym samym na czasie. Pytanie jednak zachowała dla siebie. I tak nie otrzymałaby odpowiedzi.
- Chwila na jakieś wyjaśnienia? – spytała, gdy Syriusz, wyraźnie się nad czymś zastanawiając, zerkał co rusz ku stojącemu na rogu ruchliwego skrzyżowania drogowskazowi.
- Marl, słońce, rozmawiasz z siłą roboczą. Od wyjaśnień mamy organy wyższe.
- Black, błagam… Zgubiłeś się? – mruknęła za wszelką cenę próbując powstrzymać się od wymownego spojrzenia w górę.
- Jeśli powiem, że nie, wnioskując z twojej miny, powiesz coś niewątpliwie dorównujące jej złośliwością, po czym stwierdzisz, że i tak mi nie wierzysz. Jeśli powiem, że tak, prychniesz z irytacją, chociaż sama znasz Londyn w najlepszych wypadku w jego tysięcznej części. Dochodzimy więc do pewnego rodzaju paradoksu. Jakieś propozycje, pani redaktor?
Marlena chrząknęła wymijająco, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że Syriusz wie o niej więcej nić teoretycznie powinien.
- Czego właściwie szukamy?
- Budki z hot dogami.
- I to ja miałam być złośliwa.
- Jesteś.
Ironia to cecha mężczyzn.
- A więc? – postanowiła zignorować wcześniejsze stwierdzenie.
- Niejakiej Doughty Mews.
McKinnon uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Widzisz Black, trochę literatury i po tobie.
*
Dość ruchliwa Doughty Street nie jest obca żadnemu wielbicielowi dzieł Dickensa. Tam, mieszkając przez długie lata, opisywał drugie, pogrążone w nędzy oblicze Londynu, co dało mu status narodowego wieszcza Wielkiej Brytanii. Tam też od pewnego czasu znajdowało się niewielkie muzeum poświęcone pamięci pisarza. Urok staroangielskiej architektury pobudzał wyobraźnię.
Marlena nie mogła nadziwić się dbałości o szczegóły, z jakimi odrestaurowano XIX- wieczne budynki, poczynając od metalowych ogrodzeń, a na rzeźbionych werandach kończąc.
Doughty Mews była delikatnie łukowatym rozgałęzieniem jej większej i znacznie dłuższej siostry. Drzewa rosnące zwartym zielonym murem skutecznie odgradzały ją od reszty miasta. Skupiona na wnikliwej obserwacji ciągnących się równoległymi rzędami domów, McKinnon nie zwracała większej uwagi na spacerujących chodnikiem przechodniów.
Do momentu, gdy zwykła ignorancja przestałaby już wystarczać.
Marlena, uparcie przeczesująca okolicę w poszukiwaniu budynku choć trochę zbliżonego do jej stereotypowego wyobrażenia kwatery głównej, osłupiała na moment, nie zdając sobie do końca sprawy z absurdalności sceny rozgrywającej się wokół niej.
Albus Dumbledore nie należał do osób łatwo akompaniujących się z otoczeniem. Nic dziwnego więc, że na tej typowo mugolskiej ulicy jego atłasowy, śliwkowo-fioletowy garnitur budził tak wielkie, choć nieudolnie maskowane, zainteresowanie.
Nawet w obliczu wyjątkowo snobistycznego charakteru mieszkańców.
Zaraz.
Organ wyższy?
Dumbledore?!
Co więcej, Dumbledore i Zakon.
McKinnon nie specjalnie wierzyła w zbieg okoliczności.
Dyrektor uśmiechnął się życzliwie, odwzajemniając nieco nieśmiałe, przynajmniej ze strony dziewczyny, powitanie.
- Urocza okolica, prawda? – Skinął nieznacznie w jej stronę, przejmując inicjatywę rozpoczęcia rozmowy.
Marlena, ciągle nie mogąca pozbierać myśli w logiczną całość, przytaknęła krótkim kiwnięciem głowy.
- Mam nadzieję, że nie mieliście większych problemów z jej odnalezieniem.- Syriusz spojrzał wymownie na dziewczynę. – Zastanawialiście się pewnie, dlaczego wyraziłem życzenie abyście stawili się tu w sposób, nazwijmy to z braku lepszego słowa, niekonwencjonalny? Podpowiadam, że sprawy bezpieczeństwa nie mają tu nic do rzeczy. – zrobiwszy krótką pauzę na ewentualną odpowiedź, której w rezultacie, jak z resztą przewidywał, nie uzyskał, całkowicie tym faktem niezrażony, ciągnął dalej- Nazwałbym to egzaminem praktycznym, który zresztą, jak łatwo się domyślić, panna McKinnon zdała na wybitny, dowodząc tym samym, że mugolska literatura nie zaszkodziła jeszcze żadnemu czarodziejowi.
Marlena bezskutecznie próbowała ukryć mocno już zarumienione policzki pod zwojami kraciastego szalika.
- Czy mam rozumieć, że decyzja z wczoraj jest wciąż aktualna?
Koniec. Za późno na jakikolwiek odwrót.
To dobrze czy źle?
Zawsze podziwiała Aurorów.
A teraz?
Nie wahała się.
- Jak najbardziej.
- Przyznam, że nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. – Dumbledore uśmiechnął się przyjaźnie.- Mówią, że oczy są odbiciem duszy. W istocie coś w tym jest. Nie trzeba veritaserum, żeby poznać czystość zamiarów. Wystarczy umieć patrzeć. I widzieć. Co jak mi się wydaje potrafią nieliczni. Mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli.- mrugnął w ich stronę. - Ilekroć przyglądam się nowemu członkowi Zakonu, wiem, że w tej kwestii słowo „pomyłka” nie występuje. Tak, Syriuszu, na temu podobnych szczegółach opiera się cała prostota ludzkiego rozumowania. Banalne? Jak najbardziej. Ale jakże genialne.
Oczekująca czegoś w rodzaju wstępnej przysięgi McKinnon z nieukrywanym zaskoczeniem patrzyła na wręczony jej przez dyrektora schludnie zwinięty rulonik żółtego pergaminu.
- Przeczytaj – skinął głową na karteczkę. – Przeczytaj i zapamiętaj.
Marlena sama nie wiedziała czy ręce drżą jej z zimna, podekscytowania lub może paraliżującego poczucia wszechogarniającej niepewności. Spojrzała na zapisane ciasnym, pochyłym pismem zdanie:
Kwatera Główna Zakonu Feniksa
Londyn
Ye Old Fawkes Inn
*
Wzdrygnęła się, gdy gwałtowny podmuch mroźnego powietrza zaszczypał w nos i policzki, a stopy z impetem uderzyły o granitowy bruk. Ze wszystkich sposobów podróżowania najmniej lubiła teleportację.
Nie tylko przez dwukrotne oblanie egzaminu.
Jeden rzut oka wystarczył, aby przylepić okolicy metkę miejsca pozbawionego jakiegokolwiek uroku. Od klockowatych szeregowców po zapuszczony skwerek i przepełnione śmietniki – wszystko sprawiało, że Marlena skłonna była wynieść Westborune Street do rangi ziemskiego Edenu.
- Jasna cholera!
„ W rzeczy samej Black”, pomyślała, stawiając kołnierz płaszcza. Wciąż nie traciła nadziei, że Prima Aprilis nadeszło z półrocznym wyprzedzeniem. Syriusz, mrucząc co raz to bardziej wyszukane obelgi w kierunku rozległej kałuży zalegającej ponad połowę zaniedbanego skwerku, wylewał wodę z ubłoconego buta.
McKinnon parsknęła w szalik. Z jej teleportacją nie było więc jeszcze najgorzej.
Ruszyli w dół zbocza. Chodnik wcinał się wąską szczeliną między zdewastowane budynki hal fabrycznych a gęsto obrośnięte dzikim winem kamienice, co róż rozdzielając się na zakończone ślepymi zaułkami odnogi.
Wiatr przybierał na sile, strącając z drzew brązowe liście.
Serce Marleny zabiło szybciej, gdy Syriusz, szarpnąwszy ją za łokieć wskazał dłonią wąski przesmyk między niepozornym pubem o trudnej do odczytania nazwie widniejącej na wyblakłym szyldzie, a pokrytym żenującymi napisami budynkiem. Korytarz wychodził na zagracone dziurawymi kartonami podwórko, którego centrum zajmował sporych rozmiarów kontener na śmieci.
- Nie tutaj – syknął, gdy zdziwiona do granic możliwości Marlen otwarła usta w celu uzyskania wyjaśnień. – A teraz patrz i zapamiętaj.
Black dotknął dłonią najbliższej ściany, po czym delikatnie stuknął w nią różdżką. Z głębi muru rozległo się przytłumione kliknięcie magicznego mechanizmu. Osłupiała dziewczyna przyglądała się jak na gładkiej ścianie z czerwonej cegły stopniowo, detal po detalu, pojawiał się zarys wyjątkowo ozdobnych drzwi osadzonych w bogato rzeźbionej futrynie. Oczekująca donośnego skrzypnięcia i znacznego oporu, zdziwiła się jak łatwo ustąpiły pod naciśnięciem mosiężnej, wyobrażającej głowę feniksa klamki. Syriusz uśmiechnął się szarmancko, gestem zapraszając ją do środka. Wnętrze, niewielki kolisty przedsionek o idealnych proporcjach, sprawiało wrażenie dość ponurego. Jedyne, wątpliwe zresztą, źródło światła stanowił ozdobny trójramienny kandelabr z jedna dogasającą świeczką. Marlena jęknęła w duchu na widok przytłaczającej ilości portretów pokrywających bordowe tapety. Większość twarzy tonęła w mroku, na co bliższych jednak malowało się dyskretne zdziwienie, bezskutecznie maskowane chłodną ignorancją. Syriusz, przymknąwszy drzwi, odwrócił się w kierunku oniemiałej McKinnon.
- Ciekawe, co? Drzwi ujawniają się wyłącznie pod dotykiem kogoś z Zakonu. Właściwie nie do obejścia. Chyba, że nazywasz się Albus Dumbledore.
Dziewczyna patrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Co to wszystko ma do…
- Nazwy? – dokończył, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. – Tak się składa, że dokładnie za tą ścianą jest odpowiedź. Trochę więcej spostrzegawczości, Marl.
- Knajpa? Ye Old Fawkes Inn to knajpa?
- Z najlepszym miodem pitnym w Londynie. Przynajmniej mojej skromnej opinii. Wyjmij różdżkę, na schodach jest cholernie ciemno.
Zejście w dół okazało się nie tylko pogrążone w nieprzeniknionym mroku, ale równie strome. Marlena zdała sobie sprawę, że gwar wibrujący w powietrzu dochodził nie z pubu, jak początkowo przypuszczała, a z podziemi. Za drugim zakrętem dało się rozróżnić poszczególne głosy, zrobiło się znacznie jaśniej i, ku zaskoczeniu dziewczyny, ukazało się wejście do obszernego, pełnego ludzi pomieszczenia. Spojrzała wyczekująco na Blacka, ten zaś bezceremonialnie pchnął ja w kierunku wejścia. Zdezorientowana McKinnon, zupełnie nie wiedząc jak się zachować, nerwowo przygładziła zmierzwioną grzywkę. Rozmowy nieco przycichły. Rozległo się kilka pojedynczych zawołań. Grupa stojących bliżej osób rzuciła jej zaciekawione spojrzenia. Zapanowała napięta cisza, w czasie której wzrok Marleny prześlizgiwał się kolejno po twarzach zebranych. Miała wrażenie, że jeszcze moment a usłyszy bicie własnego serca.
- Marlena?!
Dziewczyna zamarła.
Los bywa przekorny. W jej przypadku wyjątkowo często.
komentarze [8]
Że co?! >> czwartek, 11 października 2007 17:11:27Nikt tu niczego nie porzucił. Notkę kończę już od miesiąca, ale naprawdę został mi tylko niewielki kawałeczek.
komentarze [5]
Rozdział trzeci. >> piątek, 27 lipica 2007 23:37:49 Aż boję się pomyśleć jak dawno temu była ostatnia notka. Ale za to, w ramach rekompensaty napisałam chyba wystarczająco długą (5 stron!) trzecią część. Nie jest to do końca to, co było w zamierzeniu, ale widać przynajmniej, że akcja sunie do przodu :] Druga połowa zdecydowanie lepsza od pierwszej xD Zbetowane tradycyjnie przez pannę Agnes.
Nikt nie wie, co tak naprawdę stało się tamtej październikowej nocy w niczym nie wyróżniającym się szeregowcu przy St. Patric’s Alley na przedmieściach Londynu. Świadek zdarzenia był tylko jeden. Do tego, jak osądzono później, nie do końca wiarygodny. Starsza pani spod siódemki zapewniała, że podczas wieczornego karmienia swoich pięciu kotów dostrzegła zakapturzoną, bez wątpienia, męską postać zmierzającą ku drzwiom sąsiadów z naprzeciwka. W jej poczuciu dobrego smaku nie było miejsca dla trzech rzeczy: bezrobocia, pijaństwa i odwiedzin o tak nieprzyzwoitej porze. W chwili, gdy zaciągała kuchenną zasłonę jej uszu doszedł dość wyraźny szczęk zamka.
„Włamywacz?”
Próbując nie zwrócić niczyjej uwagi, jeszcze raz, dyskretnie odsłoniła rąbek kwiecistej kotarki. Bezgwiezdna noc szczelnie otulała okolicę czarnym płaszczem. Bury kot otarł się niecierpliwie o jej nogę, domagając się swojej porcji smażonej wątróbki. Poprawiła przekrzywione okulary, starając się zachować względny spokój, choć z trudem opanowywała coraz większe podniecenie. Grunt to powściągnąć zbędne emocje. Po chwili wahania przybysz, sięgnąwszy do kieszeni czarnego płaszcza, wyjął, przypominający dyrygencką batutę, podłużny przedmiot.
Kobieta chwyciła leżący na kulawym stoliku telefon z zamiarem wezwania policji. Nie zauważyła dwóch kolejnych, zakapturzonych postaci pojawiających się wprost na, pożółkłym od pierwszych przymrozków, trawniku sąsiadów. Odwrócona plecami do okna nie mogła dostrzec szybkości i sprawności z jaką bezszelestnie wdarli się do domu. Nie widziała nic poza własną drżącą lekko dłonią wystukującą kolejne cyfry numeru.
Tymczasem łańcuch wydarzeń pociągał za sobą kolejne ogniwa. Krzyk, jaki rozległ się chwilę później, sprawił, że zimny pot zrosił pokryte głębokimi zmarszczkami czoło kobiety. Musi coś zrobić? Ale co? Chryste... Jest sama, w ostatnim domu na końcu alejki zwieńczonej zapuszczonym od dawna parkiem, który śmiało nazwać można było małą dżunglą, a sąsiedztwo zza płotu, będące ostatnim mieszkańcem zaułku, wyjechało na miesiąc miodowy. Spojrzała na portret męża, wiszący nad futryną kuchennych drzwi, jakby oczekiwała, że ten udzieli jej cennych wskazówek lub chociaż wykona jakikolwiek pokrzepiający gest. Przeciągającą się ciszę przerwał zaspany głos wydobywający się ze ściskanej kurczowo przez kobietę staroświeckiej słuchawki. W momencie, gdy, starając się nie popełnić pomyłki, podawała adres i możliwie najkrótszy opis zdarzenia, nagły, zielony błysk oświetlił tonącą w mroku okolicę. Starsza pani podbiegła do drzwi frontowych, na tyle blisko, na ile pozwalał jej kabel telefonu, zamykając pospiesznie dodatkową zasuwkę. Poczucie bezradności paraliżowało umysł, uniemożliwiając chłodną analizę faktów. Strach nie wypuścił jej z objęć do końca nocy. Jesiennej. Październikowej. Aksamitnej. I tylko pozornie spokojnej.
Jakież było jej zdziwienie, gdy, tuż przed przybyciem policji, zobaczyła na swoim progu wyjątkowo ekstrawagancko ubranego młodego mężczyznę, podającego się za nowego kominiarza. Nie mogła nawet przypuszczać, iż był to, posiadający znikomą wiedzę i ubogi dorobek praktyczny, przedstawiciel Biura Amnezjatorów, jakich wielu pracowało wówczas w Ministerstwie Magii.
*
Zadziwiające jak wiele szczegółów zachowuje się w zakamarkach ludzkiej podświadomości. Losowo i mimowolnie, ale równie trwale, co wypalone znamię. Marlena pamiętała doskonale wzór krawatu organisty starającego się zagłuszyć swoją wirtuozerią nieustający lament zgromadzonych nad trumną kobiet. Mężczyzna stojący tuż obok niej ściskał kurczowo ciemnozielony parasol z mahoniową, elegancko rzeźbioną rączką w kształcie łabędzia. Miał rozwiązane sznurówki. Białe z czarnymi zakończeniami.
Wśród zgromadzonych dostrzegła parę bardziej znanych osobistości czarodziejskiego świata. Z przodu, przed Rufusem Screamgourem, stał nie kto inny, jak sam Barty Crouch Senior wraz ze sztabem szarych i obojętnych na wszystko urzędników Ministerstwa. Właściwie nie było w tym nic dziwnego. Bonesowie należeli do wąskiego i dość elitarnego grona czystokrwistych rodów, zajmujących dodatkowo wysokie stanowiska w kilku ważniejszych departamentach. Amelia zawsze starła trzymać się na uboczu. Nie chciała powielić życiorysu rodziców i brata. Ceniła neutralność. Przynajmniej tak mi się wydawało, pomyślała Marlena, strzepując z czerwonego płaszcza kropelki deszczu. No cóż, ludzie zmieniają swoje poglądy. Najwidoczniej tylko ona utknęła mentalnie w piątej klasie Hogwartu, wmówiwszy sobie rzekomą dorosłość i poczucie obowiązku.
Pogrzeb dobiegł końca, na co wiele z zebranych osób zareagowało nieumiejętnie zamaskowanym wyrazem ulgi na twarzy. McKinnon odczekała, aż oficjalna delegacja z Ministerstwa złoży kondolencje jedynej, obecnej, przedstawicielce rodziny Bonesów, po czym, starając się nie wdepnąć w błoto i kałuże, podeszła do całkowicie przemokniętej Amelii. Nie wiedziała jak zacząć. Wszystko wydawało się nagle zbyt banalne.
- Przykro mi, Amy.
Blondynka wpatrywała się uparcie w bliżej nie określony punkt nad łokciem Marleny. Nawet makijaż nie zdołał w pełni zamaskować jej podkrążonych oczu. Zdeterminowanych, zimnych i wyjątkowo zawziętych. Takich, jakich McKinnon nie widziała jeszcze nigdy.
- Jakoś to będzie, zobaczysz – szepnęła, próbując zabrzmieć przekonująco.
Z marnym skutkiem.
- Przestań pieprzyć, Marl, i przejrzyj wreszcie na oczy. Świat robi się coraz gorszy. Coraz bardziej bezduszny. A śmierć nie przebiera. Przeciwnie – czeka za progiem. Tydzień temu mój brat, a jutro równie dobrze to możesz być i ty! Nie ma sprawiedliwości. Nie ma nawet neutralności. A już na pewno daleko jest światu do jakiejkolwiek normalności.
Marlena milczała, choć w głębi duszy przyznała rację.
Wiatr boleśnie kąsał dłonie i policzki. Marzyła o zatopieniu się pod ciepły, wełniany koc, trzymając w ręku kubek gorącej kawy i jakiekolwiek dzieło Dickensa na kolanach. Wiedziała, że czasy, gdy beztrosko plotkowały o zniewalającym uśmiechu Franka Longbottoma, zatrzymały się gdzieś w okolicach szóstej klasy i nic nie było w stanie ich przywrócić.
- Pracujesz w Ministerstwie – bardziej stwierdziła niż zapytała Marlena, przerywając w końcu drażniącą ciszę.
- W Departamencie Przestrzegania Prawa. Na brak zajęcia, jak sama widzisz i słyszysz, narzekać nie mogę – mruknęła.
Pozornie obojętnie, choć Marl wyczuła w jej głosie nutkę z trudem tłumionej wyższości.
- Jesteśmy pionkami, Marlena. Pionkami w grze, której sami nie do końca rozumiemy – podjęła po chwili zamyślenia. – To trochę jak szachy. Jako pionek możesz iść wyłącznie do przodu. Jednak każdy twój ruch, to decyzja warunkująca dalsze przetrwanie, która jest zarazem wynikiem poszczególnych posunięć. Błąd jest szansą dla przeciwnika. Jak wiadomo błędy popełniają obie strony. Wiesz, co w tym wszystkim jest tak cholernie niesprawiedliwe? To, że ci, którzy powinni żyć gryzą ziemię, a całej reszcie zasługującej na śmierć wszystko i tak zawsze się upiecze.
*
W powietrzu wisiał zapach deszczu. Właściwie nic w tym zaskakującego, pomyślała McKinnon, padało już od tygodnia. Dzień w dzień z zasnutego szaro-burymi chmurami nieba spadały ciężkie krople deszczu, zmieszane z na pół roztopionymi płatkami śniegu. Od pogrzebu i wyjątkowo niefortunnej rozmowy z Amelią Bones minął już tydzień, podczas którego zły nastrój Marleny zdążył rozwiać się niczym poranna mgiełka. Co więcej w pracy nastąpił pewien przełom, który według dziewczyny mógł być zapowiedzią jako takiego polepszenia dotychczasowej sytuacji i dowartościowania jej dziennikarskich wysiłków. Podwyżki jak na razie nie dostała, choć oczywistym było, że i ta niedługo pojawi się na horyzoncie. Wyszedłszy z redakcji, wstąpiła do Gringotta, zasilając nieco stan swojego portfela, po czym teleportowała się trzy przecznice opodal kamienicy, w której mieszkała. Nowe środki bezpieczeństwa odradzały bezpośrednią teleportację. Wzrastało wówczas, jak twierdzili specjaliści z Ministerstwa, ryzyko śledzenia przez Śmierciożerców. Marlena była pewna, że nawet gdyby przeszła w poprzek cały Londyn, ukryty pod peleryną niewidką ogon i tak, bez większego trudu, dotarłby pod jej drzwi. Aczkolwiek krótka droga z miejsca aportacji na Westbourne Street 15 obfitowała wręcz w niewielkie butiki i drobne sklepiki z wszelkiego rodzaju bibelotami.
Wdrapawszy się po wyślizganych schodach prowadzących na poddasze, z ulgą zamknęła drzwi wejściowe do mieszkania. Całe szczęście, cudem uniknęła ciekawskich oczu pani Appledore. Delikatnym, acz stanowczym ruchem odepchnęła łaszącego się do jej nogi rudego kota. Nie zdjąwszy nawet butów włączyła stojący w przedpokoju gramofon. Starając się zignorować pokrytą grubą warstwą kurzu komodę, chwyciła rzucone w progu zakupy i raźnym krokiem wkroczyła do kuchni. Plastikowe torby ponownie plasnęły o drewniany parkiet.
- Co ty tu, do jasnej cholery, robisz?!
Jej wzrok, dotąd skoncentrowany wyłącznie na pogrążonej, w pozornym tylko, nieładzie czuprynie przybysza, ześlizgnął się aż do lezących na stole ciężkich, przypominających wojskowe, butów. Stłumiła cisnące się na jej usta złowrogie syknięcie. W zamian dyskretnym ruchem sięgnęła po wystającą z kieszeni różdżkę.
Evan nie spieszył się, z chłodną arogancją dojadając soczyście zielone jabłko.
- Jak tu wlazłeś? – mruknęła Marlena, wciąż nie spuszczając go z oczu.
- Zwyczajnie. Teleportowałem się.
- Czyżby? Założyłam barierę. Dość silną zresztą. Przy jakiejkolwiek próbie aportacji, chociażby na to piętro, lądujesz, w najlepszym wypadku, gdzieś w okolicach Glasgow.
- Sprytne, nie powiem. Ale ma jedną wadę. Wystarczy zostawić otwarte okno, aby ta twoja bariera pękła jak mydlana bańka. Sam pomysł jednak, przyznaję, wart pogratulowania. – Skinął z, nieco teatralnym, uznaniem w jej stronę.
Marlena jeszcze bardziej zmrużyła oczy, nawet o cal nie poruszając wycelowaną w niego różdżką.
- Po co tu przylazłeś, Evan?
- Stęskniłem się, nie widać?
Uśmiechnął się kącikiem ust, po czym nie doczekawszy się żadnej reakcji, zdjął nogi ze stołu, wyrzucając przez okno ogryzek i wypalonego papierosa.
- Siadaj i, z łaski swojej, schowaj ten patyk zanim wybijesz komuś oko.
Po chwili wahania przycupnęła na przeciwległym krześle. Koniec różdżki nadal zwrócony był w kierunku jego klatki piersiowej.
Z trudem opanował wymowne spojrzenie ku kwiecistemu żyrandolowi.
- Jak tam u ciemnej strony? Nie przepracowujesz się aby?
- Wszyscy zdrowi, dziękować. Żadna praca nie hańbi, Marl. Warte zapamiętania. Chociaż ty, jako dziennikarka, znasz to pewnie nie gorzej ode mnie, mam rację? Nie ma to jak żerować na ludzkim nieszczęściu, owijając je w co wykwintniejsze i bardziej patetyczne słówka.
- Widzę, że dowcip ci się wyostrzył.
- To rodzinne.
Sięgnął po kolejne zielone jabłko leżące na stole.
- Potrzebuję mieszkania, Marl.
- Tak? I co z tego?
- Nie mogłabyś...?
- Czy ja wyglądam na przytułek dla Śmierciożerców, Evan?
- Posłuchaj...
-Ciebie? Niby z jakiej racji? Twoja zamaskowana kompania cię rozczarowała? Kazali zabijać? Powiedz, chociaż raz w życiu wykaż się szczerością, ilu ludzi wysłałeś na tamten świat?
Spojrzała mu prosto w oczy. Wyzywająco. Z wyższością godną najstarszych członków rodu Rosierów.
- To nie ma nic do rzeczy.
- Odpowiedz!
- Jednego – mruknął wbrew oczekiwaniom, nie odwracając wzroku.
Zegar w przedpokoju melodyjnie wybił szóstą po południu.
- Kogo? – spytała po dłuższej chwili, mocniej ścisnąwszy różdżkę w lekko spoconej dłoni.
Właściwie niepotrzebnie. Odpowiedź znała już od blisko tygodnia.
- Edgara Bonesa.
Szybkim machnięciem różdżki wytrąciła z jego dłoni niedojedzone jabłko. Drugie zaklęcie śmignęło tuż obok jego ucha. Jedno Evan Rosier musiał przyznać swojej kuzynce: różdżką posługiwała się równie zręcznie, co żongler różnokolorowymi piłeczkami. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji, uniknąwszy lecącego w jego kierunku, czerwonego promienia, zwinnym piruetem przyparł ją do przeciwległego kąta kuchni. Marlena krzyknęła mimowolnie, gdy bolesnym wykręceniem nadgarstka wytrącił jej różdżkę.
- Iście po mugolsku! – warknęła, próbując uwolnić się z silnego uścisku.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz? Uważasz mnie za potwora? To kim według ciebie jest sam Voldemort? Nie masz nawet pojęcia... Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, do czego jest zdolny!
Druga ręka Marleny natrafiła na stojący na stole mosiężny świecznik. Nie zastanawiała się. Z całej siły uderzyła Rosiera w okolice przepony. Wykorzystując chwilową przewagę, sięgnęła po różdżkę. Niepotrzebnie. Chwilę później deportował się z głośnym trzaskiem.
*
Marlena nigdy wcześniej nie czuła się bardziej zrezygnowana. Po porannej euforii zostało jedynie mgliste, zanikające echo dobrego samopoczucia, szybko zastępowane przez rosnące poczucie winy i bezradności, na które nakładało się ogarniające ją osamotnienie. Zareagowała jak większość ludzi w podobnym stanie. Nie myśląc zbyt długo, odwiedziła najbliższy pub. Lokal, jak większość jemu podobnych, był duszny i zadymiony. Nastrojowe, w mniemaniu właściciela, światło sączyło się z owiniętych zielonym pergaminem lamp. Dym, połączony z ostrymi perfumami kelnerek i szkocką whisky, otępiał, przywodząc wspomnienie nieszczęsnych lekcji wróżbiarstwa. Pogrążona we własnych rozmyślaniach, początkowo nie zwróciła uwagi na dosiadającego się do kontuaru ciemnowłosego chłopaka w czarnej, skórzanej kurtce. Zamarła na moment, trzymając w dłoni beczułkowatą szklankę whisky zastygłą w połowie drogi do jej ust. Nigdy nie przypuszczała, że Syriusz Black zawita kiedykolwiek do mugolskiego pubu. Dobrze pamiętała jak połowa damskiej części Hogwartu prawie mdlała na jego widok, marząc by zaszczycił je chociaż jednym, przelotnym spojrzeniem. Tylko ona wiedziała, że w głębi duszy był pozerskim, napuszonym...
- Radziłbym na to trochę bardziej uważać. – odezwał się niespodziewanie, podając Marlenie jej własną różdżkę, podniesioną z zakurzonej, drewnianej podłogi.
Racja, w czwartej klasie i ją dopadło swojego rodzaju dwumiesięczne zauroczenie, ale kto by tam o tym pamiętał. Co było, a nie jest...
- Syriusz Black – kiwnął lekko w jej stronę, zdmuchując z czoła niesforne kosmyki.
Marlena zawahała się przez chwilę. Bar pełen był ludzi. Do tego mugoli, z których żaden nie przypominał wrogiego szpicla. Nieustający gwar praktycznie wykluczał podsłuchanie.
- Marlena McKinnon – wymieniła szybki uścisk dłoni, starając się zignorować jego badawcze spojrzenie.
- Dziennikarka „Proroka”?
- To chyba za dużo powiedziane. – prychnęła cicho w wełniany golf.
Mimo wszystko nie mogła opanować rozpierającego ją samozadowolenia. A więc ktoś oprócz jej matki i kota wie, że istnieje.
Black różnił się od stereotypu McKinnon. Wbrew pozorom umiał nie gorzej od niej dostrzegać rzeczy starannie tuszowane przez Ministerstwo. Imponował jej przede wszystkim błyskotliwością i trzeźwością pomyślunku, tłumioną czasem przez przesadną chęć zbyt pochopnego działania. Nie mogła oprzeć się jednak wrażeniu, że w pewnym stopniu stracił otaczającą go za czasów szkolnych aurę beztroskiego kawalarza. Dorósł? W końcu, chyba tak. Życie potrafi zmienić. Nawet, z pozoru, wieczne dzieci.
Rozmawiali długo, wiele razy zmieniając tematy, milknąc i popijając coraz to kolejne szklanki whisky. Marlena nigdy nie przypuszczałaby, że konsekwencje tej całkowicie przypadkowej rozmowy doprowadzą do największej rewolucji w jej życiu.
- Chodzi mi o to, że, nie licząc aurorów, z których duża część jest już, jak reszta Ministerstwa bez wątpienia przekupiona, brakuje nam zorganizowanej formy walki przeciw Sam-Wiesz- Komu, a co za tym idzie...
- A gdybym ci powiedział, że taka forma istnieje?
- Zrobiłabym minę wyrażającą bezgraniczne zdziwienie i spytała: gdzie?
- Nazwijmy to podziemiem. – Syriusz nie wiedział na ile może jej zaufać.
Z Hogwartu bardziej pamiętał starszą z sióstr McKinnon. Z drugiej strony ktoś pracujący w „Proroku” byłby dość pożyteczny dla Zakonu.
- Po której stronie jesteś, Marlena?
Prawie jak deja vu, pomyślała.
- To chyba oczywiste!
- Po której? – zapytał, ignorując jej wcześniejszą odpowiedź.
- Po tej samej, co ty! Chcę walczyć. Nie tylko słowem. Nie boję się...
- Zakon Feniksa to nie tylko walka, ale w dużej mierze również działanie z ukrycia, rozbudzanie czujności...
- Zakon? – Marlena nie mogła oddalić od siebie wizji posępnych Benedyktynów.
- ...i szeroko rozumiana ochrona – dokończył z naciskiem, ponownie ją ignorując.
- Wchodzę w to.
- Nie. Decyzja poczeka do jutra. Pół do drugiej na...?
- Westbourne Street 15.
I wyszedł równie niespodziewanie, co przybył.
komentarze [7]
>> czwartek, 21 czerwca 2007 15:51:31Jaki porzucony? Nigdy w życiu! Zmieniłam zbuntowany komputer i muszę poświęcić chwilę na zagospodarowanie się. Notka w procesie twórczym, a szablon powstanie jak tylko dorwę Photoshopa. Ciepliwości ^^
Meg.
komentarze [5]
Rozdział drugi. >> piątek, 6 kwietnia 2007 19:14:31Chwilowo bez bety. Prezent na święta.
Edit ( 00.24 ): Zbetowane przez Agnes. Miłego czytania.
Wichury podobnej do tej, szalejącej nad Londynem w ostatnich dniach października 1978 roku nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy stolicy. Wiatr zrywał dachy, przewracał drzewa i robił wszystko, by sparaliżować codzienne miejskie życie. Gęsta, mlecznobiała mgła snuła się ociężale wśród ponurych budynków i brudnych uliczek.
Nastroje w kraju nie odbiegały zbytnio od obrazu zza okna. Jedni obarczali winą pogodę, drudzy politykę, a jeszcze inni - wiszące w powietrzu, skondensowane przygnębienie. Pogłoski o tajemniczych zniknięciach i równie zagadkowych zgonach docierały do uszu najbardziej opornych sceptyków. Dodatkową sensację wzbudzały niezliczone chmary sów, również tych wyjątkowo rzadkich, przelatujących od pewnego czasu nad ruchliwymi, londyńskimi ulicami. Żaden z mugoli nie zdawał sobie jednak sprawy, że tuż za cienką granicą dzielącą dwa, tak bliskie sobie, światy trwa konflikt, który bez wahania nazwać można wojną.
*
Deszcz bębnił o pokryty czerwoną emalią, blaszany parapet.
Marlena zaklęła głośno, przyglądając się bezradnie jak plama ciemnobrązowej kawy espresso wsiąka powoli w jej świeżo ukończony artykuł poświęcony ochronie brytyjskiej populacji znikaczy. Odruchowo złapała za, leżącą pod stertą notatek i kolorowych papierków, różdżkę. Zaklęła po raz drugi. Magia adresowana do gospodyń domowych widniała na szczycie jej osobistej listy spraw beznadziejnych. Otoczenie w postaci wiecznie zajętych pracą redaktorów „Proroka Codziennego” nie przejawiało najmniejszego nawet zainteresowania sytuacją, o jakiejkolwiek chęci pomocy nie wspominając. Siedząca dwa biurka dalej Rita Skeeter uśmiechnęła się jadowicie. Marlena zmełła w ustach złośliwy komentarz, odpędzając pląsające po mokrym blacie samonotujące, kanarkowe pióro. Wyjątkowo trafnym okazałoby się stwierdzenie, że życie igrało z, i tak mocno nadwyrężoną już, cierpliwością McKinnon. Utęskniona posada niezależnej dziennikarki okazała się podrzędnym stanowiskiem specjalisty od zapełniania pustego prostokąta - „rubryki magizoologicznej”- wciśniętej pomiędzy reklamę niezawodnego usuwacza wszelkich zanieczyszczeń pani Skower a czarodziejskie nekrologi.
Jej jedyna duma, którą było własne, jednopokojowe mieszkanie, tonęła pod grubą warstwą kurzu i kociej sierści. Większość znajomych z Hogwartu rozjechało się po świecie. Życie towarzyskie stało na krawędzi wymarcia.
Coś twardego od dłuższego czasu ocierało się uparcie o okolice jej prawej łopatki. Ze zdziwieniem rozpoznała unoszącą się w powietrzu, humorystycznie zapakowaną tabliczkę najlepszej czekolady z Miodowego Królestwa - jednej z niewielu rzeczy, których już sam widok wprowadzał ją w dobry nastrój. W tym samym momencie papierowa kuleczka przemknęła tuż obok jej ucha. Neil Lovegood uśmiechnął się zaczepnie, na co Marlena odpowiedziała wymownym stuknięciem palcem w czoło. Chłopak był jedyną osobą w redakcji, która nie wahała się pomóc zarówno słowem, jak i gestem. Zawsze miał coś do powiedzenia, nierzadko zabarwionego typową męską ironią.
Chwila zamyślenia, szybkie, niewerbalne zaklęcie i artykuł wyglądał jak tuż sprzed kawowej powodzi.
*
Chłodny, wilgotny powiew wdarł się przez uchylone okno „Esów i Floresów”, niosąc ze sobą gwar, zatłoczonej jak zwykle, Pokątnej. Ubrana we wzorzystą, intensywnie zieloną szatę kobieta zacmokała niecierpliwie, patrząc na wiszący nad wejściem do księgarni zegar. Kwadrans po czwartej. Spóźniała się.
*
Marlena nie mogła oderwać się od myszkowania po sklepie z czarodziejskimi starociami. Pod pachą ściskała już ciasno zwinięty ozdobny chodnik, którym miała zamiar przykryć zdarty parkiet w przedpokoju, i pękaty samonapełniający się czajniczek. Teraz polowała na niewielką lampkę z pokrytym roślinnymi ornamentami abażurem.
Poruszanie się po zagraconym pomieszczeniu wymagało akrobatycznej wprawy. Pomimo nadzwyczajnej ostrożności dziewczyna zdążyła strącić już podobiznę Merlina i zakurzoną szklaną kulę, którą przed upadkiem uchroniło jedynie zaklęcie włóczącego się za Marleną sprzedawcy. Chudy jegomość wyglądał, jakby tylko oczekiwał momentu, kiedy McKinnon opuści sklep. Właśnie przyglądała się drewnianemu zegarowi o siedmiu tarczach, gdy zauważyła, że jedna ze wskazówek już dawno minęła czwartą popołudniu. W panice wcisnęła zaskoczonemu sprzedawcy zapłatę za ściskane rupiecie, jak się później okazało o dwa galeony za dużo i wybiegła na zatłoczoną ulicę.
*
- Jestem!
Drzwi zaskrzypiały żałośnie, a na progu ukazał się sapiący ze zmęczenia... dywan. Stojąca za kontuarem przysadzista kobieta nie oderwała wzroku od wypełnianej krzyżówki.
- Pół godziny spóźnienia. Potrącę ci to z pensji.
- Mamo!- żachnęła się Marlena, wciąż mocując się ze zbuntowanym chodnikiem. - Wyleciało mi z pamięci...
- Podobnie jak tydzień, dwa, czy trzy tygodnie temu. Właściwie czemu tu się dziwić. - Westchnęła nieco zbyt teatralnie.- Kartony stoją tam, pod ścianą. Napijesz się czegoś? Herbaty?
McKinnon kiwnęła głową. Jak w każdy czwartek pomagała matce w układaniu nowych książek. Robiła to bardziej z poczucia obowiązku niż jakichkolwiek korzyści pieniężnych. Dostawała całego galeona za godzinę pracy. W księgarni spędzała zazwyczaj półtorej godziny, co dawało bajeczną sumę jednego galeona, ośmiu sykli. Mimo tego przychodziła z ochotą. Uwielbiała zapach nowych woluminów. Na wierzchu, tuż pod wieczkiem kartonu leżały „Podręczne zaklęcia gospodarskie. Nie znasz dnia ani godziny.” Co prawda, to prawda - Marlena uśmiechnęła się kwaśno.
Hariette McKinnon przyniosła parującą, trochę za mocną herbatę. Typowy ceremoniał. Za chwilę zacznie się wynoszenie na piedestał reszty rodziny i przypominanie, że kariera wierszoklety jeszcze nigdy nikomu nie przyniosła sukcesu - pomyślała dziewczyna, starając się jak najbardziej zaangażować w układanie książek.
*
Czytanie miało podstawową zaletę - sprawiało, że człowiek zapominał o całym świecie i kompletnie tracił poczucie czasu. Jednak w niektórych przypadkach była to zarazem jego największa wada. Marlena długo pomstowała na „Współczesną magię obronną”, przez którą zamknęła księgarnię grubo po dwudziestej pierwszej. Zaludniona w dzień Pokątna świeciła o tej porze kompletną pustką, a po ciemnych zaułkach wałęsały się tylko uliczne koty. Nie zaryzykowała teleportacji z obawy przed zgubieniem orientacji w ciemnościach. Z daleko dochodziły przytłumione pijackie śmiechy. Starają się nie popadać w paranoję, ostatni raz sprawdziła, czy różdżka bez przeszkód wychodzi z kieszeni płaszcza. Wydawało jej się, że słyszy cichy stukot butów. Nie miała pewności, z oddali co rusz dochodziły dziwne odgłosy. Lodowaty wiatr boleśnie kąsał policzki, a drobne krople deszczu ściekały smętnie z krawędzi parasolki. Całe szczęście, dzięki pomocy mamy, która opuściła sklep wcześniej, nie musiała targać już tych wszystkich staroci. Dźwięk kroków przybliżył się. Tym razem nie miała wątpliwości. Serce opadło jej na dno żołądka, bijąc ze zdwojoną prędkością. Przyspieszyła kroku, choć na mokrym chodniku widziała już rosnący z każdą chwilą cień męskiej postaci. Drżącą ręką sięgnęła po różdżkę. Za późno.
Poczuła jak czyjaś dłoń zacisnęła się na jej ramieniu. Spojrzała na ukrytą pod kapturem twarz. Zamrugała kilka razy.
- Evan?
*
„Dziurawy Kocioł chyba nigdy nie opustoszeje” - pomyślała, rozglądając się po oświetlonym mdłym światłem kilku lampek lokalu. Nadal nie mogła opanować uporczywego drżenia rąk. Wysoki brunet usiadł naprzeciwko Marleny, podając jej pękatą szklaneczkę Ognistej Whisky.
- Zdrowie - skinął w jej stronę.
- Zdrowie - mruknęła, po czym upiła łyk alkoholu.
Miłe ciepło szybko rozeszło się po zmarzniętym ciele. Płomień stojącej na stoliku świeczki zamigotał lekko.
- Co w pracy? - zapytał Rosier, przyglądając się jej uważnie.
- Dobrze - skłamała szybko. Jakoś nie czuła potrzeby zwierzania się komukolwiek ze swoich problemów. - Gdzie byłeś? Dwa lata nie dawałeś znaku życia.
- Tu i tam - powiedział wymijająco. - Ogólnie rzecz biorąc w świecie.
W radiu leciała jakaś stara piosenka wykonywana przez czarodzieja, który ze śpiewaniem nie mógł mieć nic wspólnego. W powietrzu wibrował gwar rozmów.
- Zawsze cię lubiłem, kuzyneczko - odezwał się po dłuższej chwili.
Marlena nie przestała przyglądać się czyszczącemu szklanki barmanowi.
- Nawet mimo mugolskiego pochodzenia twojego ojca. Właściwie to nigdy nie miało znaczenia. Przynajmniej dla mnie. Ale rodzina... sama wiesz. Nie wykreślili twojej matki z rodowego drzewa tylko dlatego, że nie pozwoliła na to babcia.
Przerwał na chwilę, zapalając papierosa. Marlena rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. Zawsze był typem eleganta i bynajmniej nic się w tej kwestii nie zmieniło.
- Po której stronie jesteś, Marl?
Pytanie całkowicie zdezorientowało McKinnon. Bezwiednie zacisnęła dłoń na do połowy opróżnionej szklance.
Rosier bynajmniej nie czekał na odpowiedź.
- Wojna nie będzie trwać w nieskończoność. Czas wybrać właściwy kierunek. Czas przejrzeć na oczy, Marl. Wszyscy wiemy, kto od dłuższego czasu ma przewagę i czyja wygrana zwieńczy w końcu cały ten bezsensowny konflikt.
- Wkupiłeś się do nich? Tak? - zapytała, nie poznając własnego głosu.
Czuła się jak we śnie. Jak w koszmarnym, kukiełkowym przedstawieniu.
- Zrozum...
- Co? Co mam zrozumieć? - krzyknęła zniecierpliwiona.
- Że nie zawsze to co dobre i sprawiedliwe musi być lepsze - syknął.
Marl prychnęła jak rozjuszona kotka.
Evan wstał, rzuciwszy na stół kilka srebrnych monet.
- W końcu zrozumiesz.
Po czym wyszedł, zapinając szczelnie czarny prochowiec. Nikt nie mógł przewidzieć, że już następnego dnia po raz pierwszy zabije człowieka.
komentarze [10]
Orientation. >> środa, 7 lutego 2007 14:53:23 Ni to prolog, ni to pierwszy rozdział, można więc potraktowac ten krótki tekst jako wprowadzenie do dalszej historii. Dedykuję Agnes, za całokształt.
Hellene Appledore należała do osób o nad wyraz ciekawskiej naturze, graniczącej niekiedy z wścibskim upodobaniem do ingerowania w sąsiedzkie interesy. Nie obchodziły ją plotki. O wiele bardziej wolała rzetelne, sprawdzone fakty, na których mogła budować dalsze domysły. Prawda jest taka, że Hellene lubiła zabłysnąć w towarzystwie, a cóż innego mogło zrobić tak piorunujące wrażenie na znajomych, zgromadzonych podczas piątkowego podwieczorku, jak najświeższe rewelacje o ustawicznych kłótniach „tych nowych” spod dziesiątki, czy domniemanej ciąży samotnej Sandheaver z parteru? Sama wdowa twierdziła jednak, że jest po prostu „dobrze poinformowana”. W rzeczywistości pani Appledore była kobietą bystrą, posiadającą wyśmienity słuch i nadzwyczaj dociekliwą, co w połączeniu z idealnie usytuowanym kuchennym oknem dawało jej umiejętności godne Agenta Jej Królewskiej Mości.
W kamienicy mieszkała jednak osoba, której życiorys stanowił dla Hellene niemałą zagadkę, a to zaś rozbudzało w kobiecie drapieżną wprost chęć zdobycia jakichkolwiek informacji. Marlena McKinnon - jak udało jej się odczytać z obdrapanego domofonu- nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lat. „Szkotka”- przemknęło jej przez myśl, gdy po raz pierwszy dostrzegła powiewający wokół szyi nowej mieszkanki kraciasty szalik. W Londynie takie rzeczy
nie uchodzą.
Pomimo wielu poranków i wieczorów spędzonych przed nienagannie czystą szybą kuchennego okna oraz zimną filiżanką kawy w kościstej dłoni nie dowiedziała się niczego nowego, choć zaczęła dostrzegać pewne... anomalie, lub dziwactwa, jak zwykła na nie mówić. Co, na miłość boską , miały oznaczać te wszystkie sowy obsiadające okoliczne dachy? Mało tego! Przebrzydłe ptaszyska zdawały się czekać na powrót McKinnon do domu, poczym walnie sfruwały na jej parapet i odlatywały czym prędzej, poczęstowane, jak dostrzegła Hellene, zwykłym herbatnikiem. Nic jednak nie wprawiało wdowy w tak wielką irytację jak znajomi dziewczyny, pojawiający się, chwała Bogu niezbyt często, pod numerem piętnastym przy Westbourne Street. Na pierwszy rzut oka nie odstawali od reszty szarych, londyńskich przechodniów, choć w ich zachowaniu dało się wyczuć pewną odmienność, której pani Appledore nie umiała jednoznacznie sprecyzować. Zazwyczaj pojawiali się niewiadomo skąd, mówili szeptem, w pośpiechu i jakby strachu przed podsłuchaniem przez niepowołane uszy. Kilka razy dosłyszała, ku jej wielkiemu oburzeniu, jak nazwali mieszkańców kamienicy „mugolami”... cokolwiek miało to oznaczać. Hellene nie tolerowała nowomowy, podobnie jak wszelkich innych form młodzieżowego slangu, które uważała za prostackie i mało wyszukane.
Sama McKinnon nie spędzała w domu za wiele czasu. Wychodziła o poranku, a wracała po południu, w godzinach typowych dla każdego Brytyjczyka. Unikała rozmów na swój temat i stroniła od sąsiedzkich znajomości. „Całkowicie pospolita, a jednak...”- przemknęło przez myśl pani Appledore, gdy z uczuciem dziwnej satysfakcji sączyła, jak zwykle zimną już kawę przez wąskie, zaciśnięte wargi, wpatrując się w usytuowane na strychu okno, za którym poruszał się niewyraźny kontur dziewczyny. Październik, tak to był październik, kiedy wprowadziła się do kamienicy. Pamiętała dokładnie. Dzień później przyleciała pierwsza sowa...
komentarze [6]
Początek >> niedziela, 21 stycznia 2007 12:56:05Już wkrótce.
komentarze [2]
I
II
III
IV
V